top of page

Prolog

  • 2 sty
  • 1 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 11 sty

Wsiadł do drewnianej łódki.

Nie chciał, lecz dziwny głos, przenikający jego ciało, kości, emocje, kazał mu wejść na pokład. Nie opierał się, nie było sensu. Na dziobie łodzi widniały trzy świece, na których pełgał ogień. Gdy zasiadł, chciał wygasić płomienie, bojąc się iż łódka zaraz zajmie się ogniem a on utonie, lecz ogień był silniejszy niż jego zamiary i strach. 

Płonął. 

Płonął żywo, rozświetlając półmrok, jaki spowił morze.

Rozejrzał się, lecz mgła i zapadający coraz bardziej zmrok uniemożliwiły mu dostrzeżenie czegokolwiek. Morze śpiewało szumem tysięcy fal, niebo śpiewało głosem tysięcy ptaków. Widział, jak kołują nad jego głową. Były niespokojne, jakby czegoś się bały. Być może uciekały przed czymś a ich śpiew miał ostrzec kompanów przed niebezpieczeństwem.

I jego przeszyło ostrze strachu.

Zdecydował się nie wpatrywać w te kręgi czarnych ptaków. Spuścił wzrok. I wtedy dotarło doń, iż był nagi. Jak to możliwe, że się nie ubrał? Nikt nie wypuściłby go z zamku nagiego. Przecież...

Ale nie dokończył myśli.

Nagle zerwał się wiatr. Ptaki pierzchły, morze ucichło. Zapadła cisza, która jednak nie trwała długo, gdyż w powietrzu zaczął unosić się dźwięk, dźwięk, jakiego Sahel jeszcze nigdy nie słyszał, dźwięk, który spłynął mu potem po karku, który wprawił mięśnie w mimowolne drżenie...

I ten głos, znów ten osobliwy głos...

Dobij do brzegu, dobij do brzegu...






 
 
 

Komentarze


bottom of page