Rozdział 1
- 4 sty
- 5 minut(y) czytania
Zaktualizowano: 11 sty
Jak zwykle obudził się zlany potem.
I z krzykiem na ustach.
Koszula nocna, w której spał, nie chciała się odkleić od ciała. Dłonie jeszcze mu drżały a sen nie uciekał spod powiek. Sen... Czy sny powinny być tak realistyczne? I dlaczego od pewnego czasu ciągle powracały w nocy jak bumerang?
Miał dosyć... Niczego tak nie pragnął, jak przespać spokojnie całą noc. I obudzić się bez posmaku potu w ustach i bez przytłaczającego jego jestestwo niepokoju.
Przez wąskie okno wlewały się pierwsze promienie słońca. Sahel odsunął zasłony, by więcej światła wpadło do dużej komnaty. Słońce skąpało w swym blasku sporych rozmiarów łoże, z górującym nadeń baldachimem. Skąpało w swym blasku również solidne meble, na których majaczyły stare drewniane zabawki oraz wolnostojące lustro w metalowej, bogato zdobionej ramie.
Sahel podszedł doń i w odbiciu zauważył wysokiego, wychudzonego młodzieńca o popielatych, sterczących we wszystkie strony włosach. Sięgały mu aż za ramiona. Brat doradzał, by je ściął, lecz Sahel nie wziął sobie tej rady do serca. Nie dlatego, że lubił taką fryzurę, lecz po prostu nie zwracał nań uwagi. Twarz była pociągła i dominował na niej garbaty nos, pod którym zaznaczały się wąskie usta.
Nagle usłyszał pukanie do drzwi.
- Wejść – powiedział, choć nie miał chęci się z nikim widzieć; był tak niewyspany, iż najchętniej wróciłby do łoża. Już nawet nie pamiętał poranka, gdy wstał wypoczęty. Przed oczami przesuwały mu się te same obrazy... Ciągle o nich myślał, ciągle pamiętał tę łódkę, tę podróż w nieznane. Tę siłę, która pchała go do przodu, wbrew jego woli. I głos. Głos, który zdawał się pochodzić z innego świata… Głos, który nie mógł należeć do człowieka.
Ale jeśli nie do człowieka, to do kogo?
Potarł czoło w zamyśleniu.
Uspokój się. To tylko chroniczne niewyspanie mąci ci w głowie, podsuwa szalone wyjaśnienia. To tylko sen, nic więcej; umysł porządkujący w nocy przyswojone przez ciebie informacje, jak powiedział niegdyś stary Walery, uczony, którego król ojciec darzył wielkim szacunkiem i zapraszał do zamku na rozmowy o sensie życia.
Ale… Czy na pewno? Czy normalne sny powracają z taką częstotliwością? I co będzie, jeśli dobije do brzegu? Kto go woła w tych nocnych koszmarach? I czego chce?
Bał się jeszcze innej rzeczy – tego, że ktoś nieodpowiedni dowie się o jego nocnych wizjach…
Skrzypnięcie drzwi sprowadziło go znów do rzeczywistości.
Do komnaty weszła Len, starsza służka o mysich włosach związanych w kucyka na czubku głowy. Spojrzała nań, na jego przylepioną do ciała koszulę nocną. Skrzywiła się.
- Znów miałeś koszmary, panie?
- Ja… Tak – potwierdził.
Nie było sensu kłamać. Len znała go bardzo dobrze. I nikomu nie ufał tak, jak jej.
- Musisz o nich komuś powiedzieć. Może medycy dadzą ci jakieś zioła lub lekarstwa. Może kapłani...
- Nie - przerwał jej Sahel łagodnie. - Nie mogę o nich nikomu powiedzieć.
- Twój ojciec, a nasz szanowny król, z pewnością zrozumie, poda pomocną dłoń.
Sahel spojrzał nań z ukosa.
- Ojciec może tak... Lecz inni mogą posądzić mnie o złe zamiary.
Służka skinęła głową. Sahel zadrżał, gdy wyobraził sobie, jak zwierza się Saphiranowi i opowiada o nocnym widzeniu. Niemal poczuł, jak skóra na rękach go piecze.
- Proszę, pójdź za mną. Przygotowałam dla ciebie kąpiel.
Sahel uśmiechnął się lekko.
- To zapewne wytyczne od Saphirana?
- Tak. Nasz przyszły król przekazał, że chce, aby jego umiłowany brat wyglądał świeżo i czysto podczas koronacji.
- Dobrze.
Len spojrzała nań z zawahaniem.
- Nie protestujesz?
- Już nie. Z przyszłym królem się nie dyskutuje. Choć wątpię, że efekt jego starań mu się spodoba.
Len posłała mu uśmiech, po czym zaprowadziła do komnaty, pośrodku której widniała dużych rozmiarów balia; nad nią unosiła się pióropusze pary. Gdy służka odwróciła się, Sahel zdjął koszulę nocną, po czym zanurzył się w gorących objęciach wody. Rzadko zażywał kąpieli, lecz kiedy to robił, czerpał zeń ogromną przyjemność. Uwielbiał, gdy gorąca woda przyjemnie parzyła ciało, gdy zdawała się obmywać go z trosk i zmartwień.
- Pomogę ci z włosami.
- Dziękuję.
- Musisz dobrze wyglądać, Sahelu, na koronacji Saphirana. Będą goście z całego królestwa. Oni dostrzegą każdy szczegół. Uwielbiają plotkować. Wygląd jest czymś, co ma dla nich olbrzymie znaczenie. Zresztą, wiesz o tym doskonale. Wychowałeś się na zamku.
- Wiem. Ale... To nie moje tłuste włosy czy niechlujny ubiór są od lat przedmiotem kpin czy plotek. Przecież wiesz o tym.
Len nic nie odpowiedziała, co Sahel uznał za potwierdzenie swych słów.
- Len?
- Aha?
- Czy sądzisz, że... Saphiran mnie kocha? Tak jak brat powinien kochać brata?
- Mam nadzieję. Mam szczerą nadzieję - odparła Len wymijająco, polewając głowę Sahela wodą.
- Ojciec wybrał jego na swego następcę. Saphiran jest przystojny, waleczny, odważny i nie jedna dama zaryzykowałaby życie, byle tylko wyjść za niego za mąż. Całkowite przeciwieństwo mnie. Nie mógłbym być królem… Dobrze, że to nie ja będę koronowany.
- Brzmi pięknie. Lecz...
- Wiem. Jestem od niego kilka chwil starszy.
Len znów nic nie odpowiedziała, lecz uwadze Sahela nie uszło to, że zasępiła się. Jej reakcja spłynęła dreszczem po jego plecach. Gdy kobieta odeszła od balii i odwróciła się, Sahel wyszedł i owinął się ręcznikiem. Świece na parapetach przygasały powoli. Kobieta zaczęła dmuchać w płomienie.
- Sahelu?
- Tak?
Nie odwróciła się, cały czas stała plecami do niego, bawiąc się płomieniem ostatniej świecy, której jeszcze nie ugasiła.
- Po śmierci twojego ojca odejdziesz stąd. Nie mówiąc nic nikomu. Obiecaj, że to zrobisz.
Sahel przełknął ślinę.
- Ale dokąd mam pójść, jak...
- Obiecaj. Nie jestem twoją matką, lecz traktuje was niemal jak synów. I znam was jak własnych synów. Obiecaj.
- Ja... obiecuję. I rozumiem.
Len zdmuchnęła płomień z ostatniej świecy.
- Chodźmy do garderoby. - W jej głosie pojawiła się ulga; Sahelowi zdawało się, że już od dłuższego czasu chciała mu to powiedzieć, chciała by złożył tę obietnicę.
Garderoba znajdowała się zaraz w komnacie obok. Gdy weszli doń, powitały ich silne promienie słońca, które wdarły się przez wąskie okna, oświetlając stojące po środku krzesło, a na nim nowiutką koszulę z przesadnie bufiastymi rękawami i bogato zdobiony w srebrne łańcuszki i cekiny płaszcz.
- To... dla mnie? - Sahel aż zaniemówił.
- Tak - odparła ostrożnie kobieta. - Przyszły król chce, byś wyglądał uroczyście.
- Będę wyglądać w tym śmiesznie. Jak cyrkowiec. Lub komik.
- Taka jest prośba naszego przyszłego króla.
- Rozkaz raczej. - Sahel spuścił wzrok. - Dobrze. Założę przed uroczystością. Dziękuję, Len, za wszystko. Za to że byłaś. I jesteś.
Podszedł do kobiety, pocałował ją w czoło, choć znany był z nieokazywania emocji. Len również się zaskoczyła i w przypływie uczucia przytuliła go mocno, choć ona przytulała go często, gdy był małym berbeciem.
- Pójdź do Saphirana, proszę. Jest na rynku i czeka na ciebie.
- To kolejna prośba przyszłego króla?
- Test na posłuszeństwo.
Komentarze