top of page

Rozdział 2

  • 11 sty
  • 6 minut(y) czytania

Szedł długimi wewnętrznymi korytarzami, mijając służących, którzy uwijali się w ostatnich porządkach przed koronacją. Służki ścierały kurz nawet z powieszonych wysoko pod sufitem żyrandoli, zaglądały pod dywany i za ozdobne donice z kwiatami. Wszystko musiało lśnić.

W końcu tego chciał przyszły król.

Mijał gości z odległych miejsc w królestwie, których stroje odbiegały od trendów panujących w miasteczku królewskim. Jedna kobieta miała długie włosy zaplecione w koński ogon na czubku głowy; ubrana była jedynie w spódnicę sięgającą ziemi a pokryte tatuażami piersi były odkryte. Musiała przyjechać z wysp, być może z Wysp Księżyca, skonstatował.

Gdy wychodził przez otwarte na oścież metalowe drzwi, na których wygrawerowano sceny z historii Assenghai, podjechała kareta, zaprzężona w trzy białe konie. Pojazd był czarny a duże koła wyglądały jak skropione złotem. Niski giermek otworzył drzwi i ze środka wyszedł kolejny gość z odległych krain, który był łysy, za to jego ręce, nogi i tors porośnięte były długimi, ciemnymi włosami. To musiał być Książę Cienia. Sahel słyszał opowieści o jego ludzie. Mieszkali na północy, gdzie przez większą część roku panował chłód i mróz. Mężczyzna spojrzał na Sahela. Sahel znał to spojrzenie pełne litości; przywitał się ostrożnie, gdyż mężczyzna rozpoznał w nim syna króla Moldara. I poszedł dalej.

Na rynek.

Miasto żyło; studenci siedzieli pod dającym dużo cienia dębem i rozprawiali o bogach, gwiazdach i naturze świata. A także o profesorach, którzy potraktowali ich bardzo niesprawiedliwie podczas egzaminów.

- Napisałem, że podczas bitwy w 345 roku wojsko króla Geodena zrejterowało, niemal w całości, gdy zobaczyło smoki w oddali. Tak się przestraszyli, że oddali wschodnie rubieże bez walki. Bo tak było, czytałem dodatkowe księgi spoza wykazu lektur. Specjalnie poszedłem do biblioteki do uniwersyteckich podziemi. – Niski, drobny chłopak z wąsikiem pod nosem zaczął żywo gestykulować rękoma. Był tak wzburzony, że pewnie nie był nawet świadom, iż krzyczał. – Myślałem, że dostanę pochwałę, lepszy wynik, a...

- A tu oblane – zachichotała ciemnowłosa dziewczyna, rozkładając się na ławce, jakby chciała uciąć drzemkę. – Nadgorliwość jest gorsza niż monarchia.

- Gdyby tylko oblane – przyznał z goryczą chłopak, przebijając się przez śmiech żaków. – Wiecie co mi Wieża napisał? Zakazane jest pisać o smokach.

- Co w tym dziwnego? Niektórzy nawet boją się wymawiać słowo smok – odrzekła studentka. – Lubisz życie na krawędzi, Jerek.

- Lubię historię. I historyczne ciekawostki.

- Odważny jesteś. To trzeba przyznać.

- Jak jest taki odważny – zagadnął trzeci ze studentów, rudy jak rydz – to powiedz Wieży, żeby mył się częściej, niż raz na rok.

- Ale... - Nikt już nie słyszał, co Jerek chciał dodać, gdyż jego głos rozpłynął się w salwie śmiechu.

Wiatr zaszeleścił w liściach dębu, siedzące na gałęziach ptaki zerwały się do lotu. Z nieba lał się żar, oblewał otaczające Sahela kamienice o jasnych elewacjach, tańcował po czerwonawych dachach.

Chłopak wszedł w boczną, bardzo wąską uliczkę. Zabudowa była tu tak gęsta i rzucająca cień na brukowany chodnik, że chłopak mógł odpocząć od upału. Z okien dobiegały podniesione głosy; jakiś zazdrosny mąż zarzucał swojej żonie niewierność. Ktoś – mężczyzna sądząc po głosie – wyzywał staruszka, że za głośno mlaska przy stole.

-Nie słyszę, synek, mów głośniej...

- To przeczyść uszy... Żadnego pożytku z ciebie, nawet porozmawiać nie idzie... Stary bezużyteczny pryk.

- Co mówisz, synek?

Kilka kroków do przodu. Inne okno. Inne głosy. Inna historia.

- Mamo, mamo... A jak wyglądały smoki?

- Ci.... Nie mów o nich.

- To prawda, że miały skrzydła? Że latały?

- Zamknij się, Benek, bo jeszcze ktoś usłyszy i...

Sahel w ostatniej chwili uchylił się przed spływającymi z balkonu szczynami; obłożona małymi berbeciami kobiecina spojrzała w dół, trzymając w rękach już puste wiadro. Uczepiony jej nóg mały chłopiec wychylił się przez barierki, po czym krzyknął wesoło:

- Pudło. Nie dostał!

- Przestań, Leo. Do domu, już!

Sahel zatkał nos, choć takie zapachy były normą w mieście. Ominął ostrożnie zawartość wiaderka, po czym szybko opuścił tę alejkę; nie miał ochoty na kąpiel w czyichś odchodach. Skręcił na prawo, w znacznie szerszą uliczkę, mijając watahę małych psów, które widocznie uciekły właścicielom, by zaznać trochę wolności. Przechodził obok kramów, gdzie można było kupić wszystko, czego dusza zabraknie; drewniane zabawki, maści na stawy i zły humor, świeże owoce i warzywa. Z jednego kramu dobiegały odgłosy kur i gęsi. Gdzieś w oddali niosło się ryczenie koni, które ginęło wśród innych hałasów, pisków dzieciaków i targujących się dorosłych.

Sahel jednak nie zwracał uwagi na wystawy, które przyciągały oczy innych; poczuł w powietrzu coś, na co inni nie zwracali uwagi, gdyż od jakiegoś czasu było to normą. Coś, co go zmroziło, spłynęło dreszczem po plecach.

Przeraziło.

Nie mógł się jednak wycofać. Musiał pójść tam, nie chcąc narażać się bratu. Już domyślał się, czym miał być ten test na posłuszeństwo.

Choć on nazwałby go raczej zawoalowanym ostrzeżeniem.


*


Starzec płonął.

Jęzory ognia kąsały nagie ciało, wdzierały się do oczu i do ust, zmuszając do nieludzkiego krzyku. Sahel wychował się na zamku i nie raz widział egzekucję, dokonaną mieczem na skazańcu. Jednak żaden z nich nie wydawał z siebie tak okropnych, zwierzęcych odgłosów, jak ten palony żywcem mężczyzna. Krzyczał, darł się, błagał o litość a za chwilę wyzywał króla, królewską rodzinę i całe królestwo.

- Niech ich szlag trafi! Niech króla Moldara pochłonie p-piekło! Niech całe królestwo s-spali ogień! AAAAAA! Jestem niewinny! Ja nie... Nie... Ja nie czczę...! Nie chcę ich powrotu! Ja t-tylko... AAAAAA!

W powietrzu unosił się dym. I straszliwa woń palonych tkanek i włosów. Sahel próbował przykryć nos dłonią, lecz to nic nie dało; modlił się, by nie zebrało go na wymioty. Gdyby to zrobił, Saphiran jeszcze bardziej by się z niego śmiał, z tego że jest słaby.

Rozejrzał się wokół, byle tylko nie patrzeć na wijące się, przywiązane do pala starcze ciało. Nie chciał widzieć tych śmiertelnych pląsów, tych powodowanych bólem tańców.

Słabo mi...

Reszta zgromadzonych na rynku ludzi bawiła się jednak znakomicie - wiwatowali, dając upust wynaturzonej ekscytacji. W oczach wielu dało się odczytać strach przed tym, co wydarzyło się kiedyś i obawa, by tacy ludzie jak ten starzec, znów nie sprowadzili nań i na ich dzieci nieszczęścia. Dlatego zdrajcy musieli skończyć na stosie. I nie wolno było ich żałować.

Kto ich żałuje, ten sam był zdrajcą.

Gdy krzyki starca ucichły, Sahel znów skierował wzrok na podest. Po starcu zostały już tylko nadpalone kości, po których błąkały się jeszcze pojedyncze płomienie. Ale to nie zwłok szukał wzrokiem, a tego, który stał obok szczątek.

I uśmiechał się.

Sahel przedarł się przez tłum, który już rzednął. Przedstawienie się skończyło, więc ludzie mogli wrócić do swoich nudnych, rutynowych obowiązków. Otaczający drewniany podest żołnierze, uzbrojeni po zęby, bez problemu go przepuścili.

- Przyszedłeś - powiedział Saphiran. Uśmiech cały czas nie schodził mu z twarzy a oczy płonęły. Miał krótko ścięte włosy w kolorze nocnego nieba, pociągłą twarz i wystające kości policzkowe.

- Jak kazałeś. Nie chciałem cię zawieść - odparł Sahel, starając się nadać głosowi beznamiętny ton.

- Bardzo mądrze. Lepiej nie wypadać z łask króla - powiedział Saphiran, uśmiechając się jeszcze szczerzej. - No... może jeszcze nie króla, lecz nie bądźmy nadgorliwi.

- Spełniają się twoje marzenie. Od małego chciałeś władać królestwem.

Saphiran znów posłał mu uśmiech, pełen zadowolenia.

- To mój obowiązek, Sahelu. Król Moldar ledwie żyje, choroba go zjada dzień po dniu... Mam nadzieję, że dziś wieczorem będzie w pełni sił umysłowych. Ty z kolei...

- Ja jestem kaleką, który utyka na nogę. Wiem – uzupełnił Sahel, wzdychając. - Mam też lekkiego garba na plecach. Jestem też słaby, co powtarzasz jak mantrę. Nie nadaję się na króla. Kolejna mantra.

Saphiran spojrzał na brata z litością.

- To nie twoja wina. Bogowie ponoszą winę, że takiego cię stworzyli.

- Śmiała teza o omylności bogów, bracie. Nie powtarzaj jej przy kapłanach.

- Wątpisz w tę tezę?

- Ja nie wierzę w bogów.

- Nie powtarzaj więc tego przy kapłanach, braciszku.

Saphiran wyciągnął miecz z pochwy przytroczonej do pasa, spojrzał na lśniące ostrze, po którym skakały promienie słońca.

- Znów nie spałeś w nocy, Sahelu. Masz podkrążone oczy i nieprzytomne spojrzenie – powiedział w zamyśleniu.

- Czasem tak bywa – odparł Sahel wymijająco. – Nie każdy śpi błogo jak dziecko.

Saphiran patrzył nań, patrzył długo. Sahelowi nie spodobało się to spojrzenie. Jego oczy, tak ładne, stały się teraz brzydkie, zmrużone.

Podejrzliwe.

- Oh, tak. Śpimy gorzej, gdy mamy koszmary. Choć czasem to zazdrość nie pozwala nam zmrużyć oka w nocy.

Sahel wiedział, do czego zmierzał brat.

- Wydaje mi się, że pomyliłeś zazdrość z czymś innym.

Słowa brata przywołały wspomnienia w jego głowie...

 
 
 

Komentarze


bottom of page