Rozdział 3
- 17 sty
- 4 minut(y) czytania
Podziwiał go.
I wielbił.
Saphiran miał dziesięć lat. Gdyby z talentów można było ulepić zbroję, byłby uzbrojony aż po zęby.
- Ojcze, ojcze, dobrze walczę? – Chłopiec o burzy ciemnych włosów zawirował w piruecie, wymachując drewnianym mieczem. Udawał, że tnie coś niewidzialnego; włożył w to dużo wysiłku, który wymalował się na jego dziecięcej twarzy. – A masz, bestio! A masz, wrogu królestwa! Giń! Przepadnij!
Król Moldar rozsiadł się na tronie, przyglądając z rozbawieniem – i odbitą w oczach dumą – swemu synowi, swej chlubie. Chłopiec walczył o wiele lepiej, niż on w jego wieku. Wyglądał zabawnie, gdyż przypominał rycerza w pomniejszonej wersji. Jego ruchy były szybkie, płynne a zawziętość, z jaką pozorował ciosy, godna podziwu. Długie do ramion, ciemne jak onyks włosy fruwały w tańcu.
Mężczyzna zaklaskał w dłonie; jego przyboczni gwardziści, członkowie rady królewskiej i goście również nagrodzili małego Saphirana brawami.
Saphiran pokłonił się, zasalutował, przykładając zaciśniętą pięść do prawego oka.
Doprawdy, wyglądał jak miniaturowy rycerz.
W oczach króla zabłysły łzy.
Wzruszył się.
Mimo iż za oknem było jeszcze jasno, w środku płonęły ognie na pochodniach. Na środku sali tronowej leżał dużych rozmiarów dywan, po którym tańcowały pyłki kurzu. W jednym jego miejscu była dziura po wypaleniu.
- Wasza Wysokość, masz godnego następcę – powiedział z uśmiechem doradca, drapiąc się po twarzy, na której znaczyły się plamki w kolorze wątroby.
Saphiran pokraśniał z rozpierającej go satysfakcji i zadowolenia. Jeszcze raz machnął mieczem, przybierając groźną minę – na jego czole pojawiły się zmarszczki a oczy zmrużyły się.
- Nazwę mój miecz Bestią – dodał. – Jak dorosnę, będę nim ścinał łby bestiom.
- Drewnianym mieczem możesz ściąć łby co najwyżej pokrzywom – zarechotał drugi doradca, młodszy, o różnokolorowych oczach. – Ale jak dostaniesz prawdziwy miecz, to nie chciałbym być twym wrogiem.
- I dobrze – odkrzyknął buńczucznie Saphiran, przygładzając swoją tunikę, na której wyhaftowano symbole królewskie. – Będę dbał o królestwo. I będę nawet, no, zabijał!
Król zaśmiał się łagodnie.
- W to nie wątpię – odparł, uderzając palcami o kolano; na palcu wskazującym widniał pierścień z dużym oczkiem. – Widzicie? Ależ patriotę spłodziłem!
- I to nie jednego. – Wysoki jegomość z Wysp Księżyca o nagiej klatce piersiowej, którą zdobiły tatuaże, wstał i posłał królowi lekko kpiące spojrzenie. – Ciekawe, czy drugi też jest takim patriotą? No, Sahelu, wyjdź z kąta. Zaprezentuj nam twój taniec z mieczem.
Sahel siedział pod ścianą, z kolanami podciągniętymi pod brodę, z dala od pełgających świec. Patrzył. Patrzył podziwiając młodszego brata. Podobały mu się jego ruchy emanujące gracją, jego pewność siebie. Jego wyprostowana sylwetka.
Nie chciał wychodzić z półmroku, chciał siedzieć i patrzeć. Lecz zawołany, wstał. Wyszedł. Omal się nie przewracając. Ręce mu się spociły, wytarł je o szarą spodnie. Z mroku wyłonił się więc niższy chłopiec, lekko przygarbiony, którego wzrok utkwiony był w kamiennej podłodze.
Na podłodze leżał wtedy piasek, dużo piasku...
- Ja… Ja nie walczę – odpowiedział cicho.
- Co? Powtórz, bo nie usłyszałem. Płynie w tobie krew króla. Musisz ryczeć jak lew, a nie piszczeć jak pisklę.
- Nie lubię walczyć – powtórzył, nieco głośniej, nieco wyraźniej. Miał wrażenie, że jego głos odbił się od ścian, jego słowa wybrzmiały, wyłaniając się z ciszy.
Mężczyzna z tatuażami zaśmiał się
- Jak to nie lubisz walczyć? To może król powinien ci kupić sukienkę?
- Sah nie musi walczyć. – Usłyszał pewny siebie głos Saphirana za sobą. – Ja go będę bronić.
I - ku zaskoczeniu Sahela - Saphiran wyskoczył prosto na mężczyznę w tatuażach, w ostatniej chwili zatrzymując się przed nim, z mieczem wycelowanym w jego brzuch.
- Nie! – krzyknął Sahel, zakrywając dłonią twarz. – Nie rób tego, Saph. Nie wolno…
Król nie zwrócił uwagi synowi. Ani jednemu, ani drugiem. Zamiast tego zadrżał od tłumionego śmiechu.
- Widzisz. Jeden walczy, drugi myśli. Pełna symbioza bliźniąt.
Sahel później, wieczorem, żałował że nie powiedział bratu, jak bardzo go kocha.
I podziwia.
*
- Dziękuję, że przyszedłeś potowarzyszyć mi w moich nowych obowiązkach. – Głos dorosłego Saphirana obudził go, przywracając do rzeczywistości.
Zmieniłeś się, Saphiranie. Tak bardzo się zmieniłeś…
- Nie mogłem odmówić prośbie – odparł.
- Prawda. Nie mogłeś – uśmiechnął się starszy brat, przyszły król. - Lecz teraz pójdź wypocząć. Jak tylko zapadnie zmrok, rozpocznie się moja koronacja. Nie możesz usnąć w jej trakcie - powiedział, schodząc z podestu. Szata, którą miał na sobie, powiewała za nim jak skrzydła kruka. Prostaczkowie ustępowali mu z drogi, niektórzy kłaniali się czołobitnie, krzycząc królewskie pozdrowienia.
Sahel jeszcze przez chwilę patrzył w ślad za bratem i chodzącymi krok w krok za nim gwardzistami. Gdy zniknął za rogiem, chłopak spojrzał na szczątki starca, który spłonął.
Nie miałem ci pomagać. Miałem patrzeć. Miałem zobaczyć.
Przełknął ślinę, czując ciężar na dnie brzucha.
*
Położył się w swojej komnacie, choć słońce stało w zenicie, oświetlając okolicę; dachy domów wyglądały, jakby płonęły. Wbił wzrok w ginący gdzieś wysoko sufit.
Nie musiał długo czekać na sen.
Przyszedł, jak nigdy, bardzo szybko.
*
Płynął.
Znów był w łodzi. Znów fale niosły go w tylko im znane miejsce. Łódź kołysała się a Sahel czuł się jak dziecko w kołysce. Miał wrażenie, że zaraz powieki zsuną się na oczy, że zaraz zaśnie. Ale ten głos, dziwny głos spłoszył sen.
Dobij do brzegu... Spójrz na mnie. Jestem tu. Tutaj.
Sahel nie wiedział, skąd dochodził głos, lecz znów zmroził go. Spojrzał w górę, w lewo, w prawo, w dół, lecz nigdzie nie dostrzegł jego właściciela.
Wstał.
Znów policzki zapłonęły, gdy zorientował się, iż był nagi. Jak mógł zapomnieć się ubrać? Chyba oszalał...
Dobij do brzegu. Spójrz na mnie. Spójrz.
Sahel znów spojrzał i we mgle dostrzegł jakieś zarysy, być może budynku, być może gór, być może olbrzymich pomników. Nie był pewien. Lecz był przekonany, iż mgła zmieniła kolor, przybrała barwę ognia. A na niebie... Na niebie wśród ciemnych zarysów zobaczył coś dziwnego, coś co drzemało w legendach, przysypane kruszącym się czasem, włożone między bajki lub wetknięte w karty odległej historii królestwa...
Dobij do brzegu. Spójrz na mnie!
Komentarze