top of page

Rozdział 4

  • 2 lut
  • 5 minut(y) czytania

Spojrzał na niego.

Pękał z dumy. Jego ciemne oczy wypełnione były radością a dłonie drżały z ekscytacji. Z Saphirana można było czytać jak z księgi, nie potrafił chować emocji, dlatego Sahel zawsze wiedział, czy brat był szczęśliwy czy przeciwnie. Teraz był, i to bardzo.

Nigdy nie widział go w aż tak dobrym nastroju.

Ubrany był w bogato zdobioną, ciemną szatę, którą zdobiła na piersiach wyszyta korona. Korona - ta prawdziwa - również widniała na jego skroniach. Była nań nieco za duża, gdyż ojciec Moldar był nieco tęższy. Tradycje zakazywały zmniejszania czy powiększania korony przed koronacją - zawsze istniało ryzyko, że przyszły król nie dożyje do tego zaszczytu; historia królów pełniących władzę w Assenghai pełna była krwi i wewnętrznych walk.

W komnacie panował półmrok; nie było tu okien, gdyż znajdowała się ona w podziemiach. Było to jedyne pomieszczenie, które ocalało w całości podczas Wielkiej Wojny. Wtedy król i królewska rodzina przeszli do podziemi i stąd wydawali rozkazy. Na cześć ich bohaterstwa, od stuleci koronacja odbywa się właśnie tutaj, pod ziemią, w najbezpieczniejszym miejscu w królestwie... Mimo iż minęły wieki, kolejni królowie zakazali dokonywać zmian w tej komnacie, dlatego ściany były surowe, pokryte miejscami jedynie ozdobnymi draperiami i flagami z królewskim godłem. Materiały te również były już nadgryzione zębem czasu. Nie było tutaj stołów; w komnacie widniał jedynie kamienny tron, w którym wygrawerowano nazwiska królów sprzed Wielkiej Wojny.

I duża rzeźba przedstawiająca Severina Walecznego, z podniesionym w górę mieczem. Pod jego stopami leżało truchło, należące do smoka. Sahel zawsze podziwiał talent artysty - smok był tak realistycznie wyrzeźbiony, iż miał wrażenie, że zaraz się poruszy i wyleci z zamku, przy okazji podpalając co się da. Kunszt, z jakim wyrzeźbiono łuski, przyprawiał o dreszcze.

Przytroczone do ścian pochodnie migotały a do tronu ustawiała się kolejka gości. Zgodnie z tradycją, każdy musiał się pokłonić nowemu władcy i zostawić przed tronem miecz. Sahel również ustawił się w kolejce, nie spuszczając wzroku z Saphirana, który rozsiadł się wygodnie na tronie. Jego ciemne włosy w świetle pochodni przybrały czerwonego odcienia. Obok, na dostawionym krześle, siedział ojciec. Sahel pamiętał czasy, kiedy koronowano ojca. Był wtedy dojrzałym, lecz ciągle młodym mężczyzną, o burzy jasnych włosów, szerokim podbródku i spojrzeniu jastrzębia. Sahel miał wtedy kilka lat, lecz pamiętał, iż koronacja wywarła nań olbrzymie wrażenie. Zdawał mu się potężny i silny, tak silny, że mógłby jednym spojrzeniem łamać wrogów na pół i przenosić góry. Dziś czas również odcisnął na nim piętno, tak jak na draperiach; przyprószył włosy siwizną, wymalował zmarszczki i bruzdy na całym ciele. Był też przygarbiony i miał zamknięte oczy, jakby pogrążony we śnie. Sahel zaczął się zastanawiać, czy ojciec wiedział, gdzie się znajduje. I czy był świadomy oddania tronu swemu synowi...

Zaraz pożałował tego, iż zatopił się w myślach, gdyż nawet nie zorientował się, że przyszła już kolej na niego. Ocknął się w ostatniej chwili i zbliżył się do tronu, zginając w ukłonie. Ukłon, jak zwykle, wyszedł mu bardzo niezdarnie. Zauważył, iż kącik ust Saphirana drgnął. Oczami wyobraźni ujrzał też uśmiechy na twarzach zgromadzonych. Złożył miecz u stóp nowego króla, kładąc go na spory stos innych mieczy. Ostrze zalśniło, gdy odwrócił się, odchodząc dalej, by zrobić miejsce innym. Zmierzał ku kamiennemu słupkowi podtrzymującemu sufit, by się o niego oprzeć. Zanim tam dotarł, czuł że minęły długie godziny, podczas których szedł i szedł utykając, a goście tylko czekali na jego upadek.

Saphiran powstał, gdy ostatni z gości złożył mu pokłon. Uśmiechnął się, poprawiając koronę. Po jego lewej stronie pojawił się królewski doradca - starszy człowiek o posępnym spojrzeniu i kruczych włosach.

- Stoicie właśnie - powiedział tubalnym głosem - przed waszym nowym królem. Król Moldar ustąpił zeń, świadom swej choroby, która potrafi pożreć nawet tych najsilniejszych. Świadom również tego, że królestwo, aby mogło prosperować, potrzebuje młodego, zdrowego przywódcy, który będzie kontynuował jego dzieło. Namaścił więc Saphirana z rodu Kehran, oddając mu tron i koronę. Niech żyje król Moldar Pokojowy! Niech żyje król Saphiran!

Wśród gości przetoczyły się pomruki i krzyki, chwalące nowego króla. Po chwili zaczęli tupać nogami o kamienną posadzkę i w komnacie rozległ się taki dźwięk, jakby ściany się osuwały a fundamenty pękały. Saphiran, zadowolony z okrzyków, uniósł miecz wysoko, który zalśnił w świetle świec. Gdy hałasy zaczęły cichnąć, młody król przemówił; jego głos odbijał się od surowych ścian i każde jego słowo dawało pogłos.

- Zaszczytem jest dla mnie wam przewodzić. Już od małego chłopca wiedziałem, iż bogowie wybrali mnie, bym przewodził Assenghai jako prawowity władca. Dostaje od ojca królestwo rozwinięte, duże, silne. Lecz... - Zakasłał. - Lecz skończoność jest dla mnie nieskończonością, granice są jedynie ułudą. Chcę, by Assenghai rosło, rosło, bogacąc się, piękniejąc a ludzie żyli w większym dostatku. Na północny leżą wyspy, wyspy pełne złota i diamentów. Śniłem o tym, że płynę statkiem i docieram do wyspy, na której znajduję samego siebie. Szczęśliwego. Bogowie dali mi znak - ruszyć, ruszyć na Wyspy Ognia!

Goście nie zareagowali od razu; Sahel wiedział, dlaczego - o Wyspie Ognia krążyły mroczne legendy, które skutecznie zniechęcały króla Moldara i poprzednich władców przed wyprawą. Jednak po chwili tłum zaczął wiwatować. Zachęcony Saphiran kontynuował przemowę.

- Widzę, że nieustraszonych jest więcej! Nie jestem jedyny! Czas odłożyć bajki na bok! Czas przestać wierzyć w zabobony! Czas założyć zbroję i dotrzeć tam, dokąd jeszcze nie dotarł nikt, kierowany strachem. Niech żyje silne, nieznające strachu Assenghai!

Wszyscy znów zaczęli tupać w geście poparcia króla i zadowolenia. Sahel poczuł, jak mu się włosy na rękach i karku jeżą. Nie wierzył, że Saphiran faktycznie zamierzał podbić Wyspy Ognia.

Nie sądził, że mógł być aż tak szalony.

Znieruchomiał, ślizgając się wzrokiem po twarzach podekscytowanych gości. Po twarzach młodych i starych, po twarzach mężczyzn i kobiet. Zauważył też pewną zależność - im twarz była bardziej pomarszczona, tym większy lęk weń widział, który - oczywiście - właściciele próbowali ukryć, uśmiechając się szeroko i tupiąc jeszcze głośniej.

- Król Saphiran! Król Saphiran!

- Na Wyspę Ognia!

Sahel zauważył z ulgą, iż ojciec przebudził się z letargu, w który często popadał. Przedarł się przez tłum, po chwili znajdując się u boku starego króla i doradcy.

- Sahelu - powiedział ojciec, kładąc mu drżącą dłoń na ramieniu. Jego oczy przesłonięte były bielmem, lecz spojrzenie przytomne; Sahel ucieszył się, że ojciec go poznał.

Nie zdarzało mu się to często.

- Saphiran... Już jest nowym królem?

- Tak, ojcze.

- Czy ja... umarłem?

Sahel odwrócił wzrok.

- Nie, ojcze. Żyjesz. Ale zgodziłeś się przekazać władzę za życia. To stara tradycja, niepraktykowana od lat, lecz legalna.

- Rozumiem. Dobrze... Dobrze... Jestem tak stary, słaby, zniedołężniały... Sahelu?

- Tak, ojcze?

- Czy Saphiran... Wiesz, ja już też nie słyszę zbyt dobrze, lecz powiedz mi... Czy Saphiran powiedział coś o Wyspie Ognia?

Sahel znów uciekł wzrokiem. Kątem oka zauważył, że doradca pochylił się ku nim.

- Coś wspomniał - odparł wymijająco.

Starzec pobladł, jeśli jeszcze to było w ogóle możliwe, gdyż jego cera była tak blada, że niemal trupia.

- On... Nie może ruszyć na Wsypę Ognia. Tam... drzemie zło. Wielkie zło. Nie można tego zła obudzić, bo rozleje się na całe Assenghai.

Sahel poczuł ciarki na całym ciele.

- Wiem, ojcze. Znam legendy.

- To nie są legendy, nie... Stamtąd niemal nikt nie wracał żywy. Tylko jeden mężczyzna kiedyś powrócił z całej załogi. Miał jednak wydłubane oczy i rany na całym ciele. Ostrzegł przed złem, które się tam czai. Powiedział, że jeśli ktoś znów zdecyduje się wybrać na Wyspę Ognia, na Assenghai dokona się krwawa zemsta.

Sahel spojrzał na Saphirana, który cieszył się chwilami uwielbienia, który dotykał korony jak kochanki, czule i z miłością. Nagle poczuł, że ktoś złapał jego dłoń.

- Sahelu - powiedział starszy doradca. - Wyperswaduj mu ten pomysł. Saphiran nie słucha moich rad, nie słucha też króla Moldara twierdząc, iż ten już powinien być z bogami. Może ciebie posłucha...

Sahel spojrzał na doradcę, zacisnął usta.

- Czy wierzysz w to, że mnie posłucha? Mnie? Zniedołężniałego młodzieńca, z którego zakpili bogowie?

- Mówią, że nadzieja umiera ostatnia.

- Spójrz na ten tłum. Oni naprawdę oddają mu hołd. Wielu z nich będzie chciało zapisać się na kartach historii i wyruszy razem z Saphiranem na Wyspę Ognia. Czy naprawdę wierzysz, że moje słowa coś zmienią?

Starzec przełknął ślinę.

- Niech więc bogowie mają nas w swojej opiece - skwitował, odchodząc.

W tym samym czasie Saphiran krzyknął do tłumu, który umilkł w jednej chwili.

- Zapraszam na górę, na ucztę! 


 
 
 

Komentarze


bottom of page