Rozdział 5
- 17 lut
- 9 minut(y) czytania
Stoły były suto zastawione; można było nań znaleźć znane posiłki, jak pieczone świniaki, w pyskach których widniały równie pieczone jabłka, tartinki utopione w sosach, a także owoce o różnorakich kształtach i kolorach. Niektórych Sahel nigdy nie widział, mimo iż całe życie spędził na zamku.
Górną komnatę, w odróżnieniu do podziemnej, można było określić jako pełną przepychu, złota, gobelinów i kwiatów. W ścianach były wielkie okna, przez które wpływał mleczny blask księżyca. W suficie były również świetliki; Sahel zawsze odnosił wrażenie, jakby znajdował się pod gołym niebem. Po jednej stronie, naprzeciwko ozdobnych drzwi prowadzących do królewskich ogrodów, widniał tron. I on - w przeciwieństwie do tego w podziemiach, był przesadnie ozdobiony - królowało nań złoto, złote wstęgi i złote sploty, układające się w przedziwne wzory. Niektórzy mówili, że w tych ozdobach tkwił przekaz, że te ozdoby nie były przypadkowymi wstęgami, lecz wiadomością zapisaną w języku, którego nikt od dawna nie używał... Jaka była prawda? Nikt nie wiedział. W każdym razie tron robił wrażenie na przybyszach. I to pewnie było zamiarem artystów - wprawić ludzi w zachwyt.
Twórcy gobelinów, które pokrywały ściany niemal w całości, również mieli tak zamiar. Lecz obrazy nie stanowiły jedynie ozdoby; pokazywały również najważniejsze wydarzenia w historii Assenghai. Były powieszone chronologicznie; wstępem do opowieści był gobelin, na którym miała miejsce bitwa wysoko, wysoko wśród skołtunionych chmur, między ludzkimi wojownikami a bliżej nieokreślonymi istotami bez twarzy. Później na ścianach malował się gobelin przedstawiający budowę zamku. Kolejny opowiadał historię armii Assenghai, która parła do przodu, zajmując nowe tereny i wieszając buntowników; ten obraz zawsze przerażał Sahela, gdyż były nań ogromne, rozgałęzione, ciemne drzewa, na których wisiały ludzkie korpusy.
Następny, który wisiał najbliżej tronu, przedstawiał równie przerażającą wizję - król Severin, zwany później Smokobójcą, stał na wzgórzu, odziany w ciemne szaty i wyciągał w górę dłoń, dłoń w której widniał miecz. A na mieczu, wśród spienionych burzowych chmur, jawiła się bestia. Smok. Nadziany na broń. Martwy lub dogorywający. Wtedy właśnie skończyła się Era Mroku.
- Oglądasz gobeliny? - Usłyszał za sobą dobrze znany mu króla.
- Wolę to niż tańczenie. Wiesz, że nie umiem tańczyć. Gdy raz wyszedłem na parkiet, przybiegli medycy myśląc, że coś mi się stało - odparł, podchodząc do ojca i biorąc go pod rękę, by ten nie upadł.
- Tak, lepiej nie tańcz. Ta noc należy do Saphirana. On... nie lubi, jak ktoś mu coś odbiera. Tańcząc w twoim stylu, odebrałbyś mu uwagę gości - odrzekł król; jego wargi drgnęły w lekkim uśmiechu.
Sahel nie mógł powstrzymać radości - uwielbiał te momenty, kiedy duch ojca wracał do ciała i do umysłu, mimo przeciwności losu. Sahel chciał zapytać ojca o samopoczucie, lecz pieśń barda skutecznie stłumiła jego słowa:
Były ich setki,
w oczach nienawiść uśpioną miały.
Gdy ich ślepia cię musnęły,
pierzchać szybko musiałeś.
Ale nadszedł ten,
który w ich mroczne otchłanie
zajrzeć się nie uląkł.
I wbił klin
w serca parszywe!
I umazany krwią
pieśń tę zaintonował:
niech żyje Assenghai,
niech żyją ludzie!
Ostatnie zdanie bard nie zaśpiewał sam, lecz niemal wszyscy goście zaczęli mu wtórować, podnosząc kielichy pełne wina. Saphiran również uniósł kielich, będąc w trakcie wędrówki między stołami.
- Moja ulubiona pieśń - powiedział król, gdy tylko śpiewy ucichły a bard zaczął grać na lutni spokojną, tęskną balladę bez słów. - I mojego ojca. I ojca mojego ojca. Pieśń tak stara, jak stare jest Assenghai po wyjściu z Ery Mroku.
- Kazałeś nam, ojcze, uczyć się jej na pamięć, gdy byliśmy pętakami. Za każde przekręcenie słowa czy zapomnienie tekstu, karałeś chłostą.
- Ale moja strategia przyniosła zamierzony efekt. Przyznaj, że wybudzony ze snu, z najgorszego koszmaru, mógłbyś ją wyrecytować bez problemu.
- To prawda. Czuję, jakby płynęła w moim krwiobiegu - uśmiechnął się Sahel. Rzadko to robił, lecz dziś, gdy mógł prowadzić rozmowę z przytomnym ojcem, nie krył zadowolenia.
- Pójdź ze mną, Sahelu, do ogrodu. Weź mnie pod rękę. Chcę jeszcze raz pochodzić tymi dróżkami między kwieciem, którymi chodziłem za młodu. Chcę jeszcze raz poczuć na policzkach muśnięcia wiatru. Chcę zaczerpnąć oddechu, być może ostatni raz, nim umrę - powiedział ojciec drżącym głosem.
- Nie mów tak - mruknął Sahel. - Będzie jeszcze dużo takich spacerów. Jeszcze nie raz zobaczysz gwiazdy i księżyc. Chodźmy.
Opuszczenie sali zajęło im wieki. Ojciec szedł, szedł bardzo wolno, ostrożnie stawiając stopy. Sahel uważał, by nie wpaść na żadną z tańczących par, choć więcej gości siedziało przy stole, pijąc trunki, niż tańcowało na parkiecie. W końcu minęli otwarte na oścież drzwi i niemal od razu znaleźli się na łonie natury. Gdy wrota do sali gościnnej były otwarte, Sahel miał wrażenie, iż było to zaproszenie dla matki natury - zdawało mu się, że rośliny zaraz wtargną do środka i porosną gęsto komnaty, schody i korytarze.
Wyraźna tarcza księżyca w pełni zawisła nad koronami drzew, oświetlając rośliny swym mlecznym blaskiem. Niektóre krzewy były równo przycięte, inne uformowano w kształty postaci z koroną lub koni. Sahel nie miał wątpliwości, iż ogrody wywarły na gościach duże wrażenie - pojedyncze sylwetki przecinały ścieżki a w oczach większości Sahel dostrzegł zachwyt. Gdy był mały, często uciekał do ogrodu, lecz nie wiedział potem, jak wrócić. Wtedy matka - wysoka kobieta o białych jak mleko włosach, spływających na chude ciało - krzyczała nań, żeby więcej tam nie chodził. A gdy zignorował jej zakaz, uderzyła go w twarz. Sahel pamiętał ten ból, lecz gorszy był wstyd i poczucie upokorzenia. Zniósł to jednak ze spokojem; tylko w oczach zaszkliły się łzy. Gdy uderzyła Saphirana za to samo, Saphiran oddał jej, uderzając w brzuch.
- Będę zapamiętany jako jeden z nielicznych królów, który zdjął koronę przedwcześnie - powiedział ojciec, gdy znaleźli się na tyle daleko od zamku, że okrzyki i dźwięki muzyki nie przeszkadzały w swobodnej rozmowie.
- Wolałbym, byś to ty, ojcze, rządził - powiedział Sahel, prowadząc go do skąpanej w blasku drewnianej ławki. Pomógł mu usiąść, po czym on również spoczął, spoglądając na obrys księżyca.
- Jestem chory. Mój umysł nie pracuje tak, jakbym chciał. Poza tym... Saphiran nalegał.
- Saphiran nie powinien był...
- Ciiiiii - syknął były król; dłonie i głowa mu niekontrolowanie zadrżały. - Saphiran jest teraz królem. Proszę cię, Sahelu, byś się nie wtrącał. Jeszcze w tym tygodniu zawrę umowę z lordem Natanem odnośnie twojego mariażu...
Sahel spojrzał na ojca, mrużąc oczy.
- Jego córka, Lilliana, powiedziała, że prędzej rzuci się z wieży niż wyjdzie za takiego brzydala jak ja.
- Nie będzie miała dużo do gadania.
- Mam ją unieszczęśliwić? - Sahel nie krył złości.
- A kto mówi, że ją unieszczęśliwisz? Znam cię lepiej, niż ktokolwiek, Sahelu. Nie zazna biedy z tobą. A być może... Być może kiedyś cię nawet pokocha.
Sahel zmilczał. Ojciec też już nie miał widocznie nic do dodania, gdyż i on zamilkł. Gdzieś w koronach drzew sowa zaczęła pohukiwać. Sahel wsłuchał się w jej nocny śpiew i przymknął oczy, tylko na chwilę. Tak bardzo zachciało mu się spać... Nieprzespane noce dawały mu się we znak, czuł że odpływa, odpływa w siną dal, tam gdzie jest ciemno i ciepło... A potem budzi się, lecz nie widzi ojca u swego boku, nie widzi królewskiego ogrodu ani księżyca spoglądającego nań z zaciekawieniem...
Zobaczył wodę, ocean, morze. Płynął łódką, lecz nie długo; w końcu dobił do brzegu. Znów był nagi, jak go bogowie stworzyli.
A ponad nim widniało niebo, ciemne od kłębiących się chmur. I nagle chmury poruszyły się, wydając dziwny dźwięk, którego chmury zazwyczaj nie wydają. I dlaczego, dlaczego chmury poruszały się, dlaczego wyglądały jak...
Jak uformowana z chmur bestia?
Osnuty mrokiem tajemnic, owiany legendami z czasów wojny smok?
Nie, to niemożliwe.
Ja śnię. Śnię.
Sahel schował się w łodzi; położył się na deskach, które zaczęły przepuszczać wodę. Wiedział, że musi opuścić łódź, gdyż zaraz utonie; lecz strach przed smokiem okazał się silniejszy. Gdy spojrzał w górę raz jeszcze, smok nie był już utkany z chmur, lecz z łusek i mięśni. Wyglądał tak, jak go przedstawiano na rzeźbach na zamku; jedyną różnicą było to, iż był ogromny.
Gigantyczny.
I ział ogniem, podpalając chmury.
Sahel bał się, iż ognie zaraz go dosięgną. Od razu przypomniał sobie tego starca, którego spalono z rozkazu Saphirana. Krzyczał wtedy tak bardzo, tak mocno... Jakiż ból trzeba czuć, by tak nieludzko krzyczeć?
- Nie krzywdź mnie - krzyknął Sahel. - Ja ci nic nie zrobiłem, nic... Ja... Nie chcę tu być! Chcę do domu! Do ojca! - wrzasnął Sahel, zakrywając twarz, w czczej i głupiej nadziei, iż jak zakryje twarz, to ogień go nie odnajdzie.
Ale bestia nie zionęła ogniem przez dłuższy czas, który Sahelowi wydawał się wiecznością. W końcu nie doczekawszy się śmierci, Sahel odsunął dłonie z twarzy.
I zamarł.
Smok wisiał nad nim, nad kołyszącą się łódką; Sahel widział te oczy, straszliwe oczy o pionowych źrenicach, które wręcz go pożerały. Tęczówki miały kolor nieba; Sahel przez chwilę poczuł się, jakby dryfował wysoko, wysoko, wśród chmur...
- Odejdź stąd - powiedział smok, choć jego usta nie poruszyły się. Twardo sprowadził chłopaka na ziemię.
Sahel - ku jego zdumieniu - całkowicie zapomniał o wypełniającym jego jestestwo strachu. Nie wiedział, skąd napłynęła doń odwaga, by odpowiedzieć bestii:
- Wołałeś mnie. A teraz każesz mi odejść...
- Wołałem cię - odparł smok a jego oczy zapłonęły ogniem - by ostrzec cię, abyś nie zbliżał się do wyspy. Jeśli ktoś z dwunogich dobije do brzegu, rozpętamy piekło. Jesteś ostatnim bezłuskowym, który tu podpłynął.
Oczy smoka zwęziły się, zatliły ogniem. Nagle Sahel poczuł, że łódka przestała się kołysać i zaczęła płynąć, odpływać w kierunku, z której przypłynęła. Smok znikł z nieboskłonu, jak starty ścierką. Znów ujrzał nad sobą płachtę czystego, czarnego nieba.
A woda niosła go, niosła, hen, daleko.
Do domu.
I nagle ocknął się, otwierając szeroko oczy. Ujrzał nad sobą niebo, lecz było inne - pełne gwiazd. Nie słyszał szumu wody, lecz mruczenie sów, muzykę koncertową świerszczy i odległe miauczenie kotów.
I głosy.
Bardzo dobrze mu znane.
- ... mój ojciec, twój dziad, powtarzał, że na Wyspie Ognia drzemie zło.
- Bzdury! - fuknął Saphiran, stojąc przy ławce, z rękami splecionymi na piersiach.
- Od dawna mówi się, że...
- Nie wierzę w żadne wróżki, smoki, chochliki.
- Nasze dziedzictwo oparte jest na opowieściach o smokach. Twój przodek wypędził te bestie z Assenghai, by ludzie mogli żyć w spokoju.
- Ty naprawdę wierzysz w te bajki, ojcze? - zaśmiał się Saphiran. - Miecz tnie głębiej, gdy wierzy się, że w ostrzu zaklęte są dobre duchy.
- To nie są bajki, Saphiranie...
- Ojcze, choroba odebrała ci resztki rozumu. Po prostu zwariowałeś na stare lata. Nie martw się, tak się dzieje, gdy żyje się... za długo.
- Ciało i umysł często odmawiają mi posłuszeństwa, racja. Lecz... dziś czuję się bardzo dobrze. I ostrzegam cię...
- Nie chcę tego słuchać. - Oczy Saphirana zabłysły. - To prawdopodobnie mieszkańcy wyspy rozpuścili takie plotki, by ochronić swe bogactwo. - Saphiran uniósł palec do góry, by podkreślić wagę swych słów. - Moja... nasza armia jest nie do pokonania. A bogactwo znajduje się na wyciągnięcie ręki.
- Synu...
- Nie możesz po prostu znieść myśli, że byłeś tak bojaźliwy i ten strach odsunął cię od chwały. - Saphiran wyprostował się, obciągnął na sobie ozdobny kaftan. - I nie możesz znieść myśli, że za mojego panowania Assenghai urośnie w siłę. Że przerosnę cię w wielkości. Że to o mnie będą pisać w kronikach królestwa jak o wielkim królu, który okrasił Assenghai chwałą. - Saphiran splunął, po czym oddalił się, znikając za fontanną.
Sahel poczuł, że jego dłonie są mokre od nagromadzonych emocji.
- Ojcze. Przysnąłem i...
- Widziałem.
- I miałem sen. Dziwny sen. W tym śnie... - Sahel zawahał się, lecz zdecydował się kontynuować. - W tym śnie płynąłem. Miałem wrażenie, że to nie sen, lecz rzeczywistość. Dobiłem do brzegu i zobaczyłem... smoka. Był taki sam, jak na obrazach. I potrafił mówić.
Starzec spojrzał nań z uwagą; jego głowa drżała niekontrolowanie.
- Mój dziad, a twój pradziad, opowiadał mi, iż smoki myślały i mówiły zupełnie jak my... Jedyna różnica była taka, że… Że przesyłały swoje myśli prosto do twojej głowy. Nie musiały poruszać wargami. O tym mój dziad też opowiadał. - Ojciec poruszył się niespokojnie. - I... rozmawiałeś z tym smokiem?
- Rozmowa była krótka - odparł Sahel, nie dowierzając, że znalazł w sobie tyle odwagi, by poruszyć ten temat z ojcem. - I rzeczowa. Bardzo rzeczowa. - Sahel wziął głęboki wdech. - Smok zabronił zbliżać się do wyspy. Jeśli ktoś się zbliży, zagroził, iż rozpęta piekło w królestwie.
Emerytowany król nie wydawał się zaskoczony; przyjął to nader łagodnie.
- Jak sądzisz, co powinien zrobić Saphiran?
Sahel spojrzał na ojca, myśląc że ten go podpuszcza.
- Myślę, że Wyspa Ognia nie jest dla nas. Myślę, że... nie powinniśmy pchać się w miejsca, które do nas nie należą... - Sahelowi zadrżały ręce. - Wiem, dopuszczam się teraz zdrady...
- Być może... być może dokonałem błędnego osądu. Chyba... chyba zrobiłem błąd. Niech bogowie mają nas w opiece... - Ojciec zapatrzył się w niebo, błądząc myślami daleko. Sahel miał przez chwilę wrażenie, iż choroba znów dała o sobie znać, lecz wzrok mężczyzny był przytomny. - Biada nam, biada królestwu...
- Ojcze, to tylko sen... Nocna mara... - odparł Sahel, nie za bardzo wierząc w swoje słowa, lecz starał się uspokoić ojca.
- Ale zamiary Saphirana są realne - skontrował ojciec. - Sahelu, zaprowadź mnie już do mojej komnaty. Źle się czuję... tak bardzo źle...
Sahel wziął mężczyznę pod rękę, i znów przebijając się przez tłum, starał się wyprowadzić go na korytarz. W środku unosił się zapach jadła, wina i potu. Skądś dobiegały radosne okrzyki pijanych mężczyzn.
- Niech żyje król Saphiran! I wielkie Assenghai!
Komentarze