Rozdział 6
- 1 mar
- 5 minut(y) czytania
Sahel spojrzał na jego gęste, białe brwi, które wyraźnie odznaczały się na tle nieco pożółkłej twarzy. Spojrzał na jego wydatny podbródek i duży nos. I na oczy, duże choć nieco zamglone, przesłonięte bielmem.
Ale przytomne.
- Już nie jestem królem. Mogę odejść... - powiedział dawny król, gdy Sahel pomógł mu położyć się w łożu.
- Jeszcze doczekasz się wesela Saphirana i wnuków. Wiele jeszcze przed tobą, ojcze - powiedział Sahel łamiącym się głosem.
Pocałował ojca w czoło, przykrył kocem aż pod samą szyję, po czym zgasił świece, kierując się do własnej komnaty. Z dołu dobiegały jeszcze dźwięki muzyki i radosne okrzyki. Lecz gdy zamknął drzwi swojej komnaty, w końcu mógł delektować się ciszą.
Zdjął z siebie uroczyste ubrania, odłożył do skrzynki ulokowanej obok okna. I legł na łożu na wznak, przymykając oczy. Znów będzie musiał długo czekać, aż sen go zmorzy. A potem wybudzi się zeń z krzykiem... Czasami łapał siebie na tym, że mimo iż był niezwykle zmęczony, odganiał od siebie sen. Bał się tego, co w nim ujrzy. Albo raczej - że ujrzy weń to, co zawsze.
Dzisiaj było inaczej. Odpłynął w objęcia snu bardzo szybko. A we śnie...
Był rozczarowany.
Mieli pojechać z Saphiranem na konną przejażdżkę po okolicznych siołach. Sahel uwielbiał je; na koniu czuł się się jak rycerz z obrazów wiszących na zamku. Jego jasne włosy powiewały na wietrze, gdy koń przebierał nogami, by nieść go jak najdalej, jak najszybciej. Czasami ścigali się z Saphiranem, kto pierwszy dojedzie do słupka informującego o nazwie wsi.
Uwielbiał też przemierzać leśne ścieżki. Często zatrzymywali się pośrodku lasu, gdyż Saphiran udawał się na polowanie. Sahel wtedy czekał pod drzewem lub nad strumykiem, słuchając śpiewu ptaków. Nie lubił zabijać a na widok krwi było mu słabo. Zostawiał więc polowanie bratu. Saphiran często wracał na zamek, do ojca, z łupem, którym lubił się chwalić. Raz nawet udało mu się upolować wielkiego dzika.
Ale dziś miało nie być przejażdżki ani polowania.
Saphiran powiedział, że nie ma ochoty, że źle się czuje i resztę dnia spędzi w łożu w swojej komnacie. Sahela to zasmuciło, lecz z Saphiranem nie było możliwości negocjacji. Ojciec nie pozwalał mu jeździć samemu. Ale może jeśli pójdzie do niego i powie mu, że pojeździ tylko wokół zamku... Tak, zapyta. Saphiran wziąłby po prostu konia i pojechałby w siną dal, lecz Sahel bał się gniewu króla.
Poszedł więc do komnaty króla, choć nie sądził że go tam spotka. Od czegoś musiał jednak zacząć poszukiwania. Drzwi, ku jego zdumieniu, były uchylone; promienie słońca wylały się na korytarz. Już, już miał wejść, lecz w środku ujrzał Saphirana; stał nad ojcem, który siedział pochylony przy stole, przy którym zwykle podpisywał dokumenty.
- Przecież to jest bez sensu! – krzyknął Saphiran, wyrzucając ręce w górę w przypływie złości. W ciemne włosy miał wplecione lśniące koraliki z diamentami. Nosił je już w ten sposób od długiego czasu.
- Taka jest tradycja – padło z ust ojca; Sahel widział go z boku, lecz zdołał dostrzec, że mężczyzna celowo nie patrzył na syna. – Nie ja ją ustalałem.
- Niektóre tradycje są bez sensu! I szkodliwe! Czyż nie, królu ojcze? Sam to kiedyś mówiłeś, i to nie raz. Pamiętasz, jak poszedłeś po północy spać, a tradycja nakazywała królowi zostać do końca uczty? Albo jak odmówiłeś wychłostania kucharki, która przesoliła danie, choć według tradycji to właśnie czeka służbę, jeśli popełni błąd?
- Nie porównuj takich rzeczy do...
- Czasem odejście od tradycji jest właściwie. Potrzebne – przerwał mu Saphiran, okręcając się wokół własnej osi. – Po co pielęgnować tradycje, skoro są szkodliwe?
- Saphiranie. Nie zapominaj się.
- Ale, ojcze... Nie widzisz, że... Że... To ja powinienem być królem w przyszłości?
Ojciec drgnął. Saphiran kontynuował.
- On nawet nie chce być królem, mówił mi to nie raz! Mówił, że myśl o zostaniu królem przeraża go. Że nie udźwignie ciężary korony. To są jego słowa! On jest... kaleką. Nieudacznikiem. Walczę od niego lepiej, jeżdżę konno lepiej, wypowiadam się lepiej i w ogóle... Jestem od niego lepszy. – Saphiran podniósł głos. – To ja powinien być królem. Wiesz o tym ojcze. Wiesz, że bogowie się pomylili. Ale możesz ten błąd naprawić. Wiesz, że tak!
Król milczał. Pisał coś w pergaminach. Sahel nie wiedział, czy robi akurat coś ważnego, czy udawał że robi. Nie miało to znaczenia zresztą.
- Ojcze, powiedz coś.
Ale król milczał. Jednak – wbrew przewidywaniom Sahela – nie kazał mu wyjść.
A potem scena się rozmyła.
Potem widział samego siebie, leżącego na kamiennej posadzce, z przebitym napierśnikiem. Z jego nosa, oczu, ust płynęła krew; strugi czerwonej cieczy wpływały w zagłębienia między kamieniami. A później...
Krwi było tyle, że zaczęła wypływać przez okna komnaty...
*
Gdy obudził się, na zewnątrz było jeszcze ciemno, choć tarcza księżyca zaczęła blednąć. Wyszedł na balkon, i oparłszy się o kamienną balustradę, obserwował świat w dole. Zupełnie zapomniał o dziwnym śnie; cieszył się, że pierwszy raz tak dobrze przespał niemal całą noc.
Prostaczkowie wędrowali jeszcze ulicami, dzierżąc pochodnie i wymachując nimi, zapewne w rytm muzyki granej przez ulicznych grajków. Z okazji koronacji król zawsze organizował ucztę dla poddanych; służba chodziła ulicami miasta i rozdawała pieczone mięso wraz z warzywami. Z Wielkiej Sali również dobiegały dźwięki wskazujące na dobrą zabawę. Każdy jeszcze świętował, czy bogaty czy biedny, wszak nie często odbywa się koronacja.
Postanowił usiąść na ławce. Oparł głowę o mur i zmrużył oczy. Może jeszcze uda mu się trochę zdrzemnąć, jeszcze bardziej nadrabiając deficyt snu. Pod zamkniętymi powiekami przesuwały się obrazy: starzejąca się twarz ojca, mająca coraz to więcej zmarszczek i starczych plam. Tańce w sali. Błyszczące oczy Saphirana, opowiadającego o podbojach. I łzy, i krzyki ludzi, którzy tracą domy, rodziny, życie, gdyż ktoś postanowił być jeszcze bogatszy, jeszcze potężniejszy...
Nagle coś usłyszał, co momentalnie wyrwało go z drzemki, zmusiło do otwarciu oczu.
Czyżby szła burza? Usłyszał mruczenie, dziwne, ponure mruczenie, dobiegające z daleka, z nieba... Gdzieś już je słyszał... A potem mruczenie zmieniło się w osobliwy ryk. Rwał uszy, wprawiał budynek w drżenie. Był coraz bliżej, i bliżej...
Aż w końcu jego właściciel ukazał się w pełnej krasie.
Wychynął zza jednej z wieżyczek, rozciągnął skrzydła, przeciął niebo. Lśnił czerwienią, od łba aż po ostry koniuszek ogona. Chował się za chmurami, by za chwilę znów zamajaczyć, popisać się swoją gracją, zaznaczyć swoją obecność.
I nagle buchnął ogniem, podpalając nieboskłon.
Tańcujące na pochodniach nisko w mieście płomienie były niczym w porównaniu do piekielnego oddechu smoka. Były jak małe domki dla lalek, którymi bawiły się młode królowe, porównane do zamku zamieszkałego przez całą rodzinę królewską wraz ze służbą.
Były pyłkiem na wietrze.
Czyżby znów śnił?
Sahel chciał, żeby ten sen skończył się, nim zaczął. Tak bardzo miał już dosyć tych snów... Oddałby całe królestwo, by już nie musieć się bać, by już nie musieć widzieć tych potwornych skrzydeł i lśniących łusek...
Ale coś się nie zgadzało, coś było nie tak...
Sen był inny, niż zazwyczaj.
Smok nigdy nie pojawiał się niedaleko zamku, lecz nad wyspą, w oparach mgły. Dlaczego więc latał wokół wieżyczek? Nigdy też nie śnił o innych ludziach, tymczasem w dole roiło się od ciemnych ludzkich plamek.
Coś było nie tak...
I w końcu zdał sobie sprawę, że jego oczy nie są zamknięte, że czuje ból, gdy uszczypnął się w rękę.
To nie był sen.
To była rzeczywistość, której był częścią.
Nie, to niemożliwe, niemożliwe...
Przecież... one nie istnieją. Saphiran mówił, że to bajki. Bujdy. Że nigdy nie istniały.
Ale smok nie wiedział o tym, że nie powinien był istnieć.
Latał.
I wprawił Sahela w strach, jaki odczuwał za każdym razem, gdy widział bestię w snach. Choć nie, teraz strach był większy, gdyż miał świadomość, że smok nie był utkany z marzeń sennych, lecz z brutalnej rzeczywistości.
Ludzie w dole jeszcze się bawili, jeszcze nie wiedzieli, że zamierzchła przeszłość znów rzuciła cień na królestwo.
Nie wiedzieli, że legendy odżyły...
Komentarze