top of page

Rozdział 7

  • 9 mar
  • 6 minut(y) czytania

Gdy obudził się, na zewnątrz było jeszcze ciemno, choć tarcza księżyca zaczęła blednąć. Wyszedł na balkon, i oparłszy się o kamienną balustradę, obserwował świat w dole. Zupełnie zapomniał o dziwnym śnie; cieszył się, że pierwszy raz tak dobrze przespał niemal całą noc.

Prostaczkowie wędrowali jeszcze ulicami, dzierżąc pochodnie i wymachując nimi, zapewne w rytm muzyki granej przez ulicznych grajków. Z okazji koronacji król zawsze organizował ucztę dla poddanych; służba chodziła ulicami miasta i rozdawała pieczone mięso wraz z warzywami. Z Wielkiej Sali również dobiegały dźwięki wskazujące na dobrą zabawę. Każdy jeszcze świętował, czy bogaty czy biedny, wszak nie często odbywa się koronacja.

Postanowił usiąść na ławce. Oparł głowę o mur i zmrużył oczy. Może jeszcze uda mu się trochę zdrzemnąć, jeszcze bardziej nadrabiając deficyt snu. Pod zamkniętymi powiekami przesuwały się obrazy: starzejąca się twarz ojca, mająca coraz to więcej zmarszczek i starczych plam. Tańce w sali. Błyszczące oczy Saphirana, opowiadającego o podbojach. I łzy, i krzyki ludzi, którzy tracą domy, rodziny, życie, gdyż ktoś postanowił być jeszcze bogatszy, jeszcze potężniejszy...

Nagle coś usłyszał, co momentalnie wyrwało go z drzemki, zmusiło do otwarciu oczu.

Czyżby szła burza? Usłyszał mruczenie, dziwne, ponure mruczenie, dobiegające z daleka, z nieba... Gdzieś już je słyszał... A potem mruczenie zmieniło się w osobliwy ryk. Rwał uszy, wprawiał budynek w drżenie. Był coraz bliżej, i bliżej... Aż w końcu jego właściciel ukazał się w pełnej krasie.

Wychynął zza jednej z wieżyczek, rozciągnął skrzydła, przeciął niebo. Lśnił czerwienią, od łba aż po ostry koniuszek ogona. Chował się za chmurami, by za chwilę znów zamajaczyć, popisać się swoją gracją, zaznaczyć swoją obecność.

I nagle buchnął ogniem, podpalając nieboskłon.

Tańcujące na pochodniach nisko w mieście płomienie były niczym w porównaniu do piekielnego oddechu smoka. Były jak małe domki dla lalek, którymi bawiły się młode królowe, porównane do zamku zamieszkałego przez całą rodzinę królewską wraz ze służbą.

Były pyłkiem na wietrze.

Czyżby znów śnił?

Sahel chciał, żeby ten sen skończył się, nim zaczął. Tak bardzo miał już dosyć tych snów... Oddałby całe królestwo, by już nie musieć się bać, by już nie musieć widzieć tych potwornych skrzydeł i lśniących łusek...

Ale coś się nie zgadzało, coś było nie tak...

Sen był inny, niż zazwyczaj.

Smok nigdy nie pojawiał się niedaleko zamku, lecz nad wyspą, w oparach mgły. Dlaczego więc latał wokół wieżyczek? Nigdy też nie śnił o innych ludziach, tymczasem w dole roiło się od ciemnych plamek, które były ludźmi.

Coś było nie tak...

I w końcu zdał sobie sprawę, że jego oczy nie są zamknięte, że czuje ból, gdy uszczypnął się w rękę.

To nie był sen.

To była rzeczywistość, której był częścią.

Nie, to niemożliwe, niemożliwe...

Przecież... one nie istnieją. Saphiran mówił, że to bajki. Bujdy. Że nigdy nie istniały.

Ale smok nie wiedział o tym, że nie powinien był istnieć.

Latał.

I wprawił Sahela w strach, jaki odczuwał za każdym razem, gdy widział bestię w snach. Choć nie, teraz strach był większy, gdyż miał świadomość, że smok nie był utkany z marzeń sennych, lecz z brutalnej rzeczywistości.

Ludzie w dole jeszcze się bawili, jeszcze nie wiedzieli, że zamierzchła przeszłość znów rzuciła cień na królestwo, że legendy odżyły...


*


Legendy odżyły...

Sahel obserwował z okna, jak ludzie, którzy jeszcze przed chwilą świętowali, uciekali w panice; jęzory ognia szalały między budynkami, wdzierając się w tłum. Sahel nie wiedział, czy to smok zionął ogniem, czy prostaczkowie upuścili pochodnie, przez co ogień zdołał się rozprzestrzenić.

Mimo iż okna i drzwi były szczelnie zamknięte w Wielkiej Sali, to odgłosy krzyków i tak wlały się do pomieszczenia. Nie tylko ludzie wrzeszczeli; psy również szczekały i wyły a konie w stajniach rżały jak zabijane.

- Jaki smok? Smoków nie ma. Nie istnieją.

Wszyscy spojrzeli na siedzącego dawnego króla, którego oczy znów zaszły mgłą, którego umysł znów przestał prawidłowo pracować. Jego całe ciało drżało, jakby i on zaczął podświadomie umierać ze strachu. Saphiran stał koło niego, w półmroku, ze spuszczoną głową, jakby nie dowierzał, że to działo się naprawdę, jakby żywił nadzieję, że to wszystko było okropnym snem, który zaraz pierzchnie. Jednak była to rzeczywistość, w której żył.

- Ojcze - warknął. - Obudź się! Nad zamkiem lata smok, dokładnie taki, jak opisywano w legendach. I kronikach, w które nikt nie chciał wierzyć.

- Smoki nie istnieją - kontynuował starzec, nie zwracając uwagi na słowa syna.

Saphiran zaklął.

- Za późno zaczęły się czystki - dodał, zaciskając pięści.

- Nikt nie mógł przewidzieć, że coś, co nie powinno istnieć, nagle się pojawi - powiedział doradca króla, wysoki starszy mężczyzna o długiej siwej brodzie i rozbieganym spojrzeniu.

- Smoki występują w bajkach dla dzieci. W legendach. One nie istnieją, nie istnieją... - mówił dawny król, a jego głos odbijał się od ścian.

Sahel znów zerknął na niebo; smok cały czas latał w przestworzach, jakby czerpiąc przyjemność z ludzkiego strachu. Latał na skrzydłach wiatru, wielki i niezwyciężony.

Legendarny.

Sahel nawet nie zauważył, iż Saphiran doń podszedł.

- Może to ty go tu sprowadziłeś? – oskarżył go, zaciskając usta.

Sahelowi zrobiło się gorąco.

- Nie rozumiem...

- Widywałeś go we snach... Śniłeś o nim co noc. Co noc słyszałem twoje krzyki. I nagle na niebie pojawia się smok. Czyż to nie dziwny zbieg okoliczności?

Sahel zesztywniał.

- Ja… O czym ty mówisz?

- Nie udawaj! – syknął Saphiran, zaciskając pięści. – Nie możesz spać po nocach. Ciągle chodzisz niewyspany. I te krzyki, które niosą się po zamku. Przyznaj, że skontaktowałeś się z ta bestią! Może specjalnie ją sprowadziłeś, by odebrać mi koronę?

Sahel zrobił krok do tyłu.

- Nie potrafię kontrolować snów. Nie miałem na nie żadnego wpływu. Nie chciałem śnić o bestii… I przecież wiesz, że nie chcę korony. Nigdy nie chciałem.

Saphiran zbliżył się doń jeszcze bardziej, tak blisko, iż Sahel mógł dostrzec niewyraźne już ślady po odrze na twarzy brata. Jego oddech pachniał winem. Korona prawie zsunęła mu się ze skroni, lecz szybko ją poprawił.

- Może od ciebie powinienem był zacząć czystki? Może gdybyś spłonął w ogniu, smok nigdy by się tu nie zjawił?

Sahel poczuł dreszcze na całym ciele. Stąpał po cienkim lodzie. Chwila i lód pęknie a mroźna woda pochłonie jego ciało, zabierze w najmroczniejsze odmęty…

Powinienem był uciec. Uciec, tak jak mówiła Len.

Saphiran patrzył na brata bardzo długo, jakby zastanawiał się, co powinien zrobić. Doradcy szeptali między sobą, ogień syczał na pochodniach. A Saphiran patrzył nań, jakby chciał przejrzeć jego myśli, jego intencje… Po chwili odszedł, podchodząc znów do ojca.

Sahel nie mógł powstrzymać drżenia rąk. Splótł je więc z tyłu.

- Jako nowo wybrany król zmuszony jestem podjąć pierwszą królewską decyzję - Zamilkł, po czym rzekł głośniej. - Smoka trzeba zabić. Jest zagrożeniem dla nas, dla prostaczków. Dla królestwa. Trzeba natychmiast wysłać żołnierzy, by go zgładzili. Potem chcę powiesić łeb smoka w Wielkiej Sali, nad tronem.

Najbliższy doradca króla podszedł bliżej, pochylony, jakby bojąc się, że zaraz wprawi króla w złość.

- Panie, poślijmy armię, lecz rozproszoną. Zwarta armia będzie łatwym celem dla bestii. Reszta żołnierzy niech pilnuje tłuszczy. Chaos to ostatnie, co nam teraz potrzebne...

Saphiran spojrzał nań z góry, przeczesał włosy w zamyśleniu.

- Prostaczkowie muszą wiedzieć, iż ktoś ich chroni. Ale niektórzy nie ufają koronie. Za to każdy ufa i wierzy w bohaterów. Jeżeli żołnierze nie zabiją smoka od razu, ogłosimy uroczyste polowanie na bestię. Każdy będzie mógł wziąć w nim udział. Kto zabije bestię, dostanie złoto. I chwałę na wieki.

- Rozsądne - odparł drugi doradca, młodszy mężczyzna o spojrzeniu jastrzębia. - Nie możemy stracić zbyt wielu żołnierzy a jestem pewien, że wielu ludzi polegnie w starciu z tą bestią.

- Trzeba pójść do biblioteki i wyszukać wszystkie księgi, które wspominały o tych bestiach. Smoki są potężne - powiedział starszy doradca, spoglądając w okno. - Lecz mają również ciała. A każde ciało jest mięsem, podatnym na zranienie. Każde stworzenie ma serce, w które można wbić miecz.

- Wykonać - odparł Saphiran.

Jego oczy płonęły.

I zatrzymały się na Sahelu.

- Chcę pójść i zabić bestię. - Sahel usłyszał swój własny głos.

Nagle zapadło milczenie. Sahel patrzył po twarzach doradców, którzy zapewne myśleli, że się przesłyszeli. Jego spojrzenie obiegło usta brata, które wykrzywiły się w ironicznym uśmiechu. Spoczęło też na oczach ojca, które były nieobecne, oddalone.

- Nie jesteś przygotowany, książę - powiedział młodszy doradca, przerywając ciszę. - Możesz zginąć...

Sahel starał się, by jego głos brzmiał naturalnie.

- Każdy kiedyś umrze. Wolę zginąć w paszczy smoka, niż w swoim łożu.

Lub w nie-smoczym ogniu.

Saphiran zaśmiał się, mierząc go wzrokiem. Sahel, sądząc po minie brata, niemal słyszał jego myśli: ty chcesz iść na smoka? Ty? Taka kaleka? Taki niedorozwój?

Żałosne.

- Smoków nie ma. Smoki nie istnieją. To bajki, legendy... - powiedział dawny król, gdy Wielką Salę pochłonęła cisza, przerywana rwącymi uszy wrzaskami z zewnątrz.


 
 
 

Komentarze


bottom of page