top of page

Rozdział 8

  • 17 mar
  • 6 minut(y) czytania

Pragnął, by okazało się, iż smoki były tylko bajką.

We snach ogarniało go przerażenie. Ale teraz było silniejsze, większe. Potężniejsze. Przez długi czas żywił nadzieję, że znów śni, że to sen, który za chwilkę się rozwieje. Ale sen się nie rozwiał. A strach nigdy nie był tak realny, jak dziś.

Nikt nie położył się spać. Sahel pragnął pójść do swojej komnaty, lecz Saphiran mu zabronił. Chłopak nie był zdziwiony – oskarżenia były poważne. Saphiran nie ufał mu.

I to zmroziło go bardziej, niż olbrzymi, tańczący w ogniu smok.

Bo... Bo przecież nigdy nie dał mu powodu, by zwątpić w jego lojalność. Zawsze podziwiał brata i życzył mu jak najlepiej. Wiedział jednak, że Saphirana ogarnia strach.

Strach przed utratą władzy. Strach przed starszym bratem. Przed tradycją.

I przed zdradą.

A najboleśniejsze zdrady były te, które zadawali najbliżsi.

Sahelowi przypomniały się również słowa ojca, który mówił, iż noszenie korony zmienia. Berła nie nosi się w ręku, lecz w sercu. A gdy serce zazna władzy, nie będzie się chciało z niej zrezygnować. Za wszelką cenę.

Sahel spojrzał na brata, który siedział na tronie, z pochyloną głową, nasłuchując. Skubał wargę w zamyśleniu, jakby walczył z natrętnymi myślami. Doradcy w ciszy rozmawiali, a ojciec mówił do siebie, zaprzeczając istnieniu smoków.

Sahel stał przy oknie, patrząc w niebo nad przyciętym żywopłotem.

Czekał.

Czekał, aż smok podleci i rzygnie ogniem, a król ze świtą szybko zbiegną do podziemi. Czuł, że pocą mu się dłonie a nogi drżą. Zaczął się zastanawiać, ile czasu minie, nim człowiek zginie w płomieniach. Czy długo będzie cierpiał? A może zginie przygnieciony filarem, gdy bestia runie na zamek, obracając go w perzynę? A może... może bestia będzie chciała go odszukać i po prostu pożreć?

Zrobiło mu się słabo.

A co, jeśli Saphiran miał rację? Co, jeśli on faktycznie, w jakiś nieświadomy sposób ściągnął tę bestię tutaj? Może dysponował jakimiś dziwnymi mocami, nic o tym nie wiedząc? Może we śnie otworzył bramę dla bestii?

Może był przeklęty?

Miliony myśli przebiegały mu przez głowę. Miał nadzieję, że Saphiran nie potrafi ich dostrzec. I że nie potrafi odczytać ich z jego twarzy...

Sahel patrzył, czekał. Napięcie było wręcz namacalne. Każdy czekał na najgorsze. Chłopak wolałby, by smok zaatakował nagle, żeby nie trzeba było czekać na śmierć tyle czasu... Matka mówiła, że czekanie na śmierć jest gorsze niż chwila śmierci. Sahel pamiętał jak cierpiała, niemal gnijąc za życia. A śmierć... Śmierć była szybka. Przyszła i zabrała ją ze sobą w kilka sekund, jakie wyznacza zaczerpnięcie ostatniego oddechu...

Gdybyż tylko smok po prostu spadł teraz na zamek a sklepienie upadło i w przeciągu chwili pochowało ich wszystkich...

Bogowie, jeśli istniejecie, dajcie nam szybką śmierć. Tak się boję, bardzo się boję...

Później już mu było wszystko jedno; stał przy oknie i czekał, czekał, aż czuł, że ze zmartwień zamienia się w kamień.

Nic gorszego od tego, co sobie wyobrażał, nie mogło go spotkać.

Ale bestia - z nieznanych przyczyn - nie zaatakowała.

Odleciała.

Nad ranem Sahela zmorzył sen. Po przebudzeniu żywił nadzieję, że odwiedziny bestii były tylko koszmarem, jak zawsze, który rozwieje się, robiąc miejsce dla nudnej rzeczywistości. Lecz pustka na ulicach i ponure, wykrzywione w lęku twarze, były dowodem, iż wydarzenia z nocy były prawdziwe. Miasto zwykle było gwarne od rana, lecz dziś wydawało się, jakby wszyscy zginęli w płomieniach. Co, oczywiście, byłoby nieprawdą – z okien patrzyły nań wystraszone twarze, gdy szedł wąskimi uliczkami między kamienicami. Żołnierze nie musieli ugaszać pożarów; z nieba sączyły się krople deszczu, które chyba zesłali bogowie usłyszawszy w nocy tyle modlitw...

- Ubierzcie mnie - powiedział w zbrojowni, mieszczącej się w niskim budynku obok zamku. W środku na ścianach wisiały różnorakie zbroje, od prostych przypominających po prostu kawałek blachy, po piękne, ozdobne, bogato dekorowane i wysadzane kamieniami szlachetnymi. Pod nimi widniały oparte o ściany miecze; wpadające przez okno słońce grało kolorami na klingach. Zbrojmistrz, znany w całym Assenghai Lehan, sam zajął się nakładniem zbroi na królewskiego brata. Był już starszy, włosy miał przyprószone siwizną, lecz jego ruchy były żwawe, niemal młodzieńcze.

- Myślałem, że smoki były tylko legendą - zagadał, gdy montował na jego dłoniach rękawice.

- Też tak myślałem. Legendą. Lub koszmarem - odparł, ściągając brwi. - Przyjdzie mi więc teraz walczyć z legendą. I koszmarami.

- Książę, wybacz że to powiem... Lecz czy nie rozsądniej byłoby zlecić polowanie na smoka komuś, w którego żyłach... no wiesz... nie płynie błękitna krew? Szkoda rozlewać królewską krew... A ta bestia, ta bestia... Ona jest przerażająca a żadna ze zbroi nie była tworzona z myślą o walce z jakimiś mitycznymi smokami...

- Krew to krew, czy królewska czy nie, wygląda tak samo - odpowiedział, przyglądając się rękawicom. - Poza tym...

- Tak, książę?

- Widziałem już tę bestię tyle razy w snach... Nawiedzała mnie co noc. Czuję w kościach, że to ja, ja muszę na nią pójść i ją zabić. Ja i nikt inny. To jest moje przeznaczenie. Zabiję ją... albo sam skończę w ogniu. Ale przynajmniej... przynajmniej przestanę żyć w strachu.

- Nie popieram twojej decyzji, książę, lecz ją szanuję - odparł Lehan, mocując napierśnik, na którym wygrawerowano królewską koronę. – Byłem akurat na rynku, kiedy bestia podleciała. Była tak olbrzymia... Jak człowiek może ją zabić? To tak, jakby próbował przesunąć górę.

I tak nie mam wyjścia. Jeśli zostanę, skończę na stosie.

- Jeśli góra zaraz się na nas zawali, trzeba ją chociaż spróbować przesunąć.

- Najlepiej jest wtedy uciec.

- Ale jeśli góra jest naprawdę olbrzymia, nigdzie nie będzie bezpiecznie. A ta jest gigantyczna. Rzuca długi cień. Nie, Lehanie. Ucieczka nic nie da.

- To zostaje nadzieja, że góra jednak nie upadnie. Że zdarzy się cud. Że bogowie pomogą.

- Ja nie wierzę w bogów i cuda.

Po chwili Lehan odsunął się i Sahel wiedział już, że był gotowy do drogi. Podszedł do wolnostojącego lustra, spoglądając na własne odbicie. W zbroi był trzy razy szerszy; jasne włosy spływały po ramionach a pociągła twarz tchnęła zmęczeniem - pod oczami malowały się ciemne plamy a usta delikatnie drżały. Zacisnął je, by zbrojmistrz nie zauważył jego lęku. W jednej dłoni trzymał hełm z przyłbicą.

- Niech cię bogowie mają w opiece. Nawet jeśli w nich nie wierzysz - powiedział Lehan, gdy Sahel opuszczał zbrojownię.

Chłopak skinął głową, nie wierząc że założono mu zbroję, że wziął do ręki miecz.

Że idzie zabijać.

Zanim wyruszy, musi jednak odwiedzić ojca.

Bardzo szybko przedostał się do zamku, gdyż ulicy były niemal puste. Tylko psy i koty kręciły się w poszukiwaniu jedzenia. Po drodze spotkał może kilku ludzi, którzy przemknęli obok niego jak cienie, nie licząc, oczywiście, żołnierzy patrolujących miasto; nie patrzyli jednak w dół, lecz w górę.

Tak samo zresztą jak i on.

*

Ojciec pogrążony był w głębokim śnie, gdy Sahel przekroczył próg jego komnaty. W pomieszczeniu unosiło się głośne pochrapywanie a zasłony były zaciągnięte na okno; jedynym źródłem światła była świeca ustawiona na szafce nocnej. Sahel usiadł na skraju łoża, nad którym wznosił się baldachim, i chwycił pomarszczoną dłoń ojca. Miał wrażenie, iż chwyta ją ostatni raz.

Szybko odrzucił tę myśl.

- Król Saphiran kazał podać królowi napój na sen.

Sahel odwrócił się. Z mroku wyłonił się starszy doradca króla, Gotart. Musiał spoczywać na ławce pod ścianą, dlatego Sahel nie zauważył go, gdy wszedł.

- Długo będzie spał?

Mężczyzna skinął głową, wycierając ślinę cieknącą z ust króla.

- Długo. Nie porozmawiasz z nim dzisiaj, Sahelu. Ten napój jest silny, bardzo silny.

- Dlaczego...?

- Książę Saphiran powiedział, że król cierpi. Chciał mu zaoszczędzić cierpienia.

Sahel westchnął, skinął głową.

- Podawaj mu połowę tego, co nakazuje Saphiran. Proszę.

Gotart uśmiechnął się lekko.

- Już podałem mu mniej. Roztoczę nad nim opiekę. Jednak ty, Sahelu...

- Tak?

Gotart przysunął się bliżej niego, położył mu dłoń na ramieniu.

- Musisz stąd odejść. Nie jesteś już tutaj bezpieczny. Król boi się, że to ty stoisz za pojawieniem się smoka. Uciekaj natychmiast, póki jest w świątyni. Już dziś zastanawiał się nad tym, by cię aresztować. Jednak jeszcze nie wydał rozkazu pojmania cię. Uciekaj, uciekaj teraz.

Sahel wstał, zbroja zabrzęczała.

- I...

Sahel zatrzymał się, z dłonią na mosiężnej klamce. Odwrócił się ku Gotartowi.

- Przestudiowałem księgi w nocy. Smoki to potężne bestie, niełatwe do pokonania. Ukryj się, Sahelu, i pozwól innym zgładzić bestię.

- Nie, Gotarcie. Ja muszę ją zabić. Już postanowiłem.

Gotart wziął głęboki oddech. Ojcu coś się musiało śnić, gdyż zaczął jęczeć przez sen.

- Skoro już zdecydowałeś... Nawet takie bestie mają swoje słabe punkty. Zbliż się i słuchaj uważnie tego, co powiem.

Sahel zbliżył się.

A Gotart mu powiedział.

- Smoki nie istnieją - jęknął król, gdy Sahel opuszczał pomieszczenie.

Opuszczał zamek. 

 
 
 

Komentarze


bottom of page