top of page

Rozdział 9

  • 28 mar
  • 5 minut(y) czytania

Wsiadł na przygotowanego wcześniej konia, na którym często jeździł na wypady poza miasto. Nazwał go Wichrem, gdyż był jednym z najszybszych koni dostępnych w stajni.

Uliczki były puste, martwe, okna pozamykane na cztery spusty. Dachy i elewacje niektórych kamienic były osmolone, pod budynkami widniały pozostałości po spalonych wozach czy straganach. Gdzie nie gdzie tylko samotny kot przeciął mu drogę, miaucząc głośno.

Nagle usłyszał wrzaski, które tak dobrze znał. W jednej chwili pomyślał o smoku i spojrzał w górę, lecz - ku jego uldze - bestia nie wróciła.

To ludzie płonący na stosach tak krzyczeli.

Polowanie na czarownice zaczęło się dziś ze zdwojoną mocą. Saphiran nie próżnował.

Szybciej, szybciej!

Po drodze ujrzał też wianuszek ludzi, zwłaszcza mężczyzn, stojących w kolejce do miejskiej zbrojowni. Byli w różnym wieku i kondycji - od starców, którym wiek przysporzył garba, do młodzieniaszków, którym ledwo wyrósł wąs pod nosem.

Każdy czekał na zbroję, a potem na chwałę i tytuł smokobójcy i obrońcy Assenghai.

- Rozwalę go, zobaczycie! – zarechotał młody chłopak o szczecinie rudych włosów. – Zostaną po nim tylko flaki i łuski.

- Ja sobie zrobię zbroję z jego łusek – dodał drugi, szpakowaty.

- Panowie, smoka ja ubiję – odezwał się pryszczaty młodzieniec, spluwając za siebie. – I z truchła zrobię...

Szybciej! Szybciej!

Gdy przejeżdżał przez masywną bramę, obok której stały olbrzymie, wiekowe pomniki mężczyzn w koronach, poczuł ukłucie strachu, iż strażnicy rozpoznają go i zatrzymają, gdyż Saphiran wydał rozkaz. Starał się ani nie przyspieszać, ani nie zwalniać, by nie wydać się strażnikom podejrzanym. Nie wierzył w bogów, lecz złapał się na wznoszeniu w myślach do nich modlitwy. Byle go nie zatrzymali, byle pozwolili mu przejechać przez bramę i nie wysłali pościgu.

Jeśli uda mi się przejechać, będę wolny. Będę bezpieczny.

Sahel znał mężczyzn z widzenia. Zawsze kłaniali się przed nim; jeden miał bardzo gęste, ciemne, krzaczaste brwi a drugi miał tak jasne brwi, jakby nie miał ich wcale. Dziś stali, rozglądając się wokół. Nagle ich spojrzenia zatrzymały się na nim. Sahel poczuł fale gorąca spływające po karku. Chyba się zaczerwienił, lecz i tak nie było tego widać, gdyż miał na głowie hełm.

Jeśli mnie zaczepią, co mam im powiedzieć? Że król mnie wysłał na zwiady? Że jadę na przejażdżkę? Że szukam smoka?

Zresztą, jeśli król wydał rozkaz aresztowania go, żadne tłumaczenia nie przyniosą spodziewanego rezultatu.

Ten o krzaczastych brwiach podniósł rękę. Sahel zadrżał. Ale…

Nic się nie wydarzyło. Gdy przejeżdżał obok, mężczyźni tylko patrzyli. Nie rozpoznali go. Sądzili, iż patrzyli na jakiegoś młokosa, którego ubrali w zbroję i wysłali na poszukiwanie smoka.

Sahel bez problemu więc przejechał przez bramę, potem koń pocwałował uderzając kopytami o zwodzony most. Mógł odetchnąć, choć nie na długo.

Gdy był już daleko, na wzniesieniu, spojrzał za siebie. Miasto, w którym się urodził i wychował, wydawało się tak małe a zamek, który nadeń górował, był jak jasny kamień ciśnięty w mrowisko. Tak bardzo chciałby wrócić tu kiedyś jeszcze, z łbem smoka przewieszonym przez siodło... Nie wiedział, czy ta wizja się ziści, lecz miał takie życzenie - przejechać przez bramę, dzierżąc w dłoni kawałek truchła smoka. A wszyscy wiwatują, cieszą się na jego widok. Król ojciec wychodzi mu naprzeciw, w pełni zdrowy i w formie, a Saphiran osuwa się w cień, ze swymi mrocznymi planami...

Pognał konia, nie oglądając się już za siebie.

Wicher z gracją omijał drzewa, gdy wracali na główny trakt. Sahel spoglądał w górę, cały czas mając wrażenie, że zaraz ujrzy smoka gdzieś w koronach drzew.

Smok jednak nie pojawiał się.

Sahel zdał sobie sprawę, że tak naprawdę nawet nie wiedział, gdzie szukać bestii. Myślał tylko o tym, by jak najszybciej opuścić mury zamku i miasta, lecz nie zastanawiał się, co będzie potem. Musiał jechać, być może będzie jeździł od wsi do wsi, pytając mieszkańców, czy smok nie znalazł sobie domu gdzieś w okolicy. Zanim więc dojdzie to bitwy z bestią, upłyną długie dni, może tygodnie, zanim ją znajdzie.

Pierwszą noc spędził w gospodzie, w ciepłym łożu, choć roiło się weń od pcheł. Zjadł ciepłą strawę i w dobrym humorze wyruszył dalej. Druga noc nie była dlań łaskawa - spał pod derką a z nieba leciały łzy deszczu. Gdy się obudził, był przemarznięty i niewyspany. Ale ruszył dalej. Kolejnych nocy nie pamiętał - wszystkie były podobne, zlewając się w jedną długą noc, pełną lęku, zimna i braku wygód, do których był przyzwyczajony na zamku. Gdy nocował w gospodach, kąpał się w balii pełnej gorącej wody. Wtedy wyobrażał sobie swoją walkę ze smokiem. Obmyślał, gdzie najlepiej dźgnąć go mieczem, co zrobić, gdy smok zionie nań ogniem.

Pytał.

Pytał ludzi w karczmach i na traktach, czy nie widzieli bestii. Wszyscy, jak jeden mąż, zaprzeczali. Ci, do których nie dotarły informacje z królewskiego miasta lub włożyli je między bajki, patrzyli nań jak na wariata. Gdy tylko udzielili przeczącej odpowiedzi, uciekali szybko, uznawszy Sahela za niebezpiecznego. Sahel nie dziwił się; do niedawna każdy, kto opowiadał o smokach, był traktowany jak niespełna rozumu. Gdyby miesiąc temu zauważył mężczyznę w zbroi, który pyta, gdzie znaleźć smoka, wziąłby go za szaleńca. Wszak smoki, na równi z wróżkami i chochlikami, były legendą, bajkami, mrzonkami…

- Jaki smok? Ja żem żadnego smoka nie widział. Jak wygląda? – Starszy mężczyzna o cerze spalonej słońcem patrzył nań, jakby zobaczył ducha.

Sahel zdjął hełm, zsiadł z kona.

- Wielka bestia. Ma ogon i skrzydła. Zieje ogniem. Nie widzieliście nigdzie?

- Jak matulę kocham, nigdy nie widziałem żadnego smoka. Takie coś w ogóle istnieje? Bogowie stworzyliby takie plugastwo? Panie, to nie do pomyślenia, o czym ty mówisz. Choć…

Sahel wyprostował się, słuchał uważnie.

- Choć kiedyś widziałem, jak coś przelatywało nade mną. Ale byłem wtedy po kilku kielichach wina. Ale czy miało skrzydła, to nie wiem. Przeleciało szybciej niż moja młodość…

- A nie było pożarów domów? Nikt nie zaginął bez wieści?

- Zaginął, a jakże.

Sahel znów wytężył słuch.

- Ale już się odnalazł. Cały i zdrowy. Tylko…

- Tylko?

- Wrócił bez zęba. Powiedział, że przewrócił się w lesie o wystający korzeń. Ale ja go znam i pewnie skubany wdał się w bójkę. A musisz wiedzieć, panie, że Anter jest najsilniejszy we wsi.

Sahel westchnął.

Podróż była długa, męcząca.

I wydawała się bezcelowa.

Przemierzał wioski i lasy, które były do siebie łudząco podobne. Czasami się zastanawiał, czy nie kręcił się w kółko. I ile czasu jeszcze będzie tak podróżował. A co, jeśli ktoś już ubił smoka? Co, jeśli łeb smoka już wisiał w sali tronowej a ktoś został okrzyknięty bohaterem, podczas gdy on gonił za duchem?

Jedyne, co napawało go radością, było to, iż sny o smoku ustąpiły. W końcu spał spokojnie, mimo chłodnego wiatru spowijającego jego twarz, nachalnych komarów czy krzyków dobiegających z sąsiedniego pokoju. Spał. Jak nigdy. Spokojnie, nie budząc się zlany potem, z okropnym poczuciem obezwładniającego niepokoju, którego nie mógł się pozbyć aż do bezsennego świtu...

Jednego dnia, gdy noc zbliżała się wielkimi krokami a tarcza mlecznego księżyca rysowała się łagodnie na niebie, usiadł na brzegu jeziora. Wbił wzrok w niczym niezmąconą taflę, na której powoli, powoli zaczęły się malować gwiazdy. Było ich setki, tysiące, miliony... Skrzyły się, mrugając jakby chciały przekazać mu jakąś wiadomość. Stwierdził, że przenocuje tutaj. Pogoda była ładna; wiatr nie wiał a niebo było rozgwieżdżone, czyste, bezchmurne. I wtedy...


Wtedy go zobaczył. 

 
 
 

Komentarze


bottom of page